Kontakt
  • Zmień kontrast
  • Zmniejsz rozmiar tekstu
  • Zwiększy rozmiar tekstu
  • Zobacz deklarację dostępności
logo-www-kolor-50logo-www-kolor-50logo-www-kolor-50logo-www-kolor-50
  • AKTUALNOŚCI
    • Najnowsze
    • Blog
    • Kalendarz wydarzeń
    • Wieści Muzealne online
    • Konferencje
    • Archiwum
  • DLA ZWIEDZAJĄCYCH
    • Muzeum godziny bilety
    • Wirtualne spacery
    • Bilety
    • Regulamin zwiedzania
    • Informacje dla osób z niepełnosprawnościami
    • Oferta noclegowa
    • Gastronomia
  • EDUKACJA
  • O MUZEUM
    • Historia
    • Zbiory cyfrowe
    • Nagrody
    • Filmowe Muzeum
    • Projekty i inwestycje
    • Ogłoszenia
      • Ogłoszenia Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu
    • Biblioteka
    • Wydawnictwa – sklep
    • Partnerzy
    • Kariera
  • USŁUGI DODATKOWE
    • Informacje dla Wystawców
    • Wynajem obiektu i terenu
      • Kościół z Drążdżewa
      • Sale konferencyjno-szkoleniowe
      • Organizacja ogniska
    • Wóz, bryczka, kulig
    • Szkółka jeździecka
    • Jazda w siodle
  • BILETY
  • BIP
  • Facebook
  • Instagram
  • YouTube
  • Mapa strony
0

Letni żywioł

  • Strona główna
  • Aktualności
  • Blog
  • Letni żywioł
Przejazd bryczką niedostępny w dniu 19.07.2024 r.
2 lipca 2024
Z terenu do skansenu
19 lipca 2024
16 lipca 2024
Kategorie
  • Blog
Tagi

Kiedy po upalnym, dusznym dniu powietrze zmętniało i pociemniało niebo, wiadomo było, że będzie burza. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta wyczuwali ją od rana. Ci pierwsi uwijali się, by zdążyć ze wszystkimi zaplanowanymi pracami. Zwierzęta były ospałe, niechętne do pracy, a nawet do jedzenia. Inaczej szumiały drzewa, bardziej niż zazwyczaj cięły owady i garnęły się do pomieszczeń. Często działo się tak w porze sianokosów lub żniw, kiedy piękna pogoda była bardzo potrzebna. Od ilości i jakości ziarna i siana zależało bowiem przetrwanie kolejnego roku. I nieraz bywało, że grad powalił i wymłócił zboże na pniu, zniszczył warzywa, ulewa zatopiła zagony. Z przekazywanych niegdyś ustnie opowieści wyłania się obraz burzy postrzeganej jako kara boska i zarazem przestroga nawołująca do bogobojnego i pracowitego życia. Wyobraźmy sobie, ile trudu wymagało przygotowanie ziemi pod zasiew, a potem wielodniowy czas zbiorów pod bezchmurnym niebem, na boso po rżysku, w grubo tkanej, lnianej koszuli z długimi rękawami. Taka odzież miała uchronić przed okaleczeniem przez ostre źdźbła, a lepiła się do skóry i powodowała bolesne otarcia. Spod słomianego kapelusza lały się strumienie potu i razem z pyłem drażniły oczy, które potem długo piekły. W porze największego skwaru urządzano dłuższą przerwę na posiłek na miedzy, w cieniu pod gruszą. Można było nawet zdrzemnąć się, byle nie za długo, bo jak mówiono – pogoda nie będzie czekać! Gdy w taki żniwny dzień zbierało się na burzę, ludzie starali się zżąć, związać w snopy i ustawić w stygi jak najwięcej zboża, bo wtedy straty były możliwie najmniejsze. Mogło się jednak zdarzyć, że rozrzucił snopy huraganowy wiatr poprzedzający nawałnicę i po jej przejściu trzeba było powtarzać część pracy. Gorzej, jeśli po burzy następował dłuższy okres niepogody. Wtedy zboże nie schło, a to, którego jeszcze nie zżęto, marniało. W opowieściach naszych przodków burze pojawiały się podczas zwózki zboża lub siana. Zdarzały się przypadki uderzenia pioruna w wysoko wyładowany wóz, kiedy ginęli ludzie i konie a sterta razem z wozem płonęła. Ludzie najbardziej bali się burz, które przychodziły już po żniwach. Snopy z niewymłóconym ziarnem zwiezione do stodół wypełniały sąsieki pod sam dach. Budynki skonstruowane w ogromnej większości z drewna, miały słomiane strzechy, zaś zagrody często lokalizowano tuż obok siebie. Co prawda, posadzone na tyłach siedlisk topole stanowiły swoiste piorunochrony, ale natura była nieprzewidywalna. I każda ciemna chmura u schyłku upalnego lata – to strach! Można wtedy było modlić się i mieć nadzieję, że nic złego się nie zdarzy. Wystawienie palmy wielkanocnej w oknie, zapalenie gromnicy, czy obchodzenie domu, a nawet podwórza i kropienie święconą wodą miało zabezpieczyć przed gromem, wiatrem, czy zalaniem. W wielu domach gospodynie z pomocą dzieci wiązały pierzyny, poduszki i odzież, wkładały do worków najcenniejsze rzeczy, by mieć je pod ręką, gdy trzeba będzie uciekać. Jeśli burza nadchodziła nocą, wielu ubierało się, żeby być przygotowanym na najgorsze. Zgromadzona w domu rodzina odmawiała części pacierza, czasem klęcząc do końca burzy. Po każdym uderzeniu pioruna w pobliżu, należało się przeżegnać. Nie wolno było podchodzić do okien i drzwi, ani dotykać metalowych przedmiotów. Wszyscy z trwogą oczekiwali końca. Po ustąpieniu żywiołu gospodarze wychodzili z chat i szacowali straty. Najpierw oglądali swoją zagrodę, a później grupkami obchodzili wieś, by sprawdzić, kogo burza dotknęła najbardziej i ewentualnie pomóc. Zdarzały się też czasem tzw. suche burze. Zjawisko przebiegało w ten sposób, że chmura formowała się i nadchodziła bardzo wolno, najczęściej późnym popołudniem. Nie było poprzedzających grzmotów, tylko głuche pomruki. Następował gwałtowny powiew, a po nim zupełna cisza. Potem gwałtownie ciemniało, i zaczynały padać pioruny, przy czym ciągle nie było opadów, ani wiatru. Jeśli po uderzeniu gromu rozlegały się okrzyki i lamenty, wiedziano już, że powstał pożar. Wybiegano wtedy i nie zważając na nic ratowano płonący budynek. A do ratunku były tylko wiadra z wodą, tłumice, czyli żerdzie zakończone rozpiętą na pałąku szmatą i bosaki – kute haki na długich drągach, za pomocą których zrywano płonące fragmenty konstrukcji. Jedni gasili pożar, inni tworząc łańcuchy ludzkie podawali wiadra z wodą i zabierali puste. Próbowano wyprowadzać z obór i stajni opierające się i oszalałe ze strachu zwierzęta. Polewano wodą strzechy sąsiednich budynków, choć często bezskutecznie. Nawet w znieruchomiałym powietrzu pod wpływem wysokiej temperatury wytwarzał się wiatr. Ogień zasysał tlen i płonące kawałki konstrukcji przenosił nawet na oddalone obiekty. Przypadki, gdy płonęło więcej budynków, były częste. By uchronić dom przed burzą, czy pożarem, wystawiano w okna obrazy świętej Agaty. Kiedy już w pobliżu paliło się, staruszki wynosiły ten obraz na zewnątrz i unosiły w górę, kierując go w stronę szalejącego ognia. Przekazywano sobie opowieści o przypadkach, gdy nadciągające płomienie nagle odwracały się i cofały lub przygasały. Nasze babcie przekonane były o wstawiennictwie i wielkiej mocy tej świętej. Pogorzelców nie pozostawiano bez pomocy. Udzielano im schronienia i mieszkania, obdarowywano najpotrzebniejszymi rzeczami. Mieszkający w pobliżu dziedzic często przyznawał darmowy budulec w postaci drewna z dworskiego lasu. Przystępowano do mozolnej odbudowy obejścia.

Nie każdy odgłos burzy pochodził z natury. Bardzo udanie wytwarzała dźwięki żywiołu dziecięca  zabawka nazywana frygą, złożona z różnej wielkości deszczułek powiązanych sznurkiem i wprawiana w ruch nad głowami słuchaczy. Mali pastuszkowie, którzy chcieli szybko spędzić zwierzęta z pastwiska i mieć trochę wolnego czasu, wymachiwali szybko skonstruowaną zabawką, a oszukane krowy „…kiedy usłyszały ‘burzową frygę’, pędziły co sił w nogach do zagród, a chłopcy mogli robić, co chcieli.”[1]

 

Robert Rumiński

[1] Teresa Lewińska, Kolorowy świat zabawek, Kielce 1995


Podaj dalej

Podobne wpisy

Kolędnik przebrany za diabła

22 stycznia 2026

Nie taki diabeł straszny, jak go malują


Czytaj dalej

Dziadkowie

21 stycznia 2026

Rola osób starszych w tradycji i kulturze


Czytaj dalej
16 grudnia 2025

Boże Narodzenie


Czytaj dalej
5364988
Total
Visitors
Strony internetowe i pozycjonowanie Google
  • BIP
  • Facebook
  • Instagram
  • YouTube
  • Mapa strony
0
  • Brak dostępnych tłumaczeń dla tej strony
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.