

Od bardzo dawnych czasów ludzie używają ognia. Przed wieloma tysiącleciami potrzebny był do ogrzania i przyrządzania potraw. W naturze powstawał sam, najczęściej od uderzenia pioruna. Można było go też otrzymać poprzez pocieranie dwóch wysuszonych kawałków drewna, bądź krzesanie, czyli uderzanie kamienia o kamień, albo kamienia o żelazo lub stal. Do rozniecania ognia w wyniku tarcia nasi przodkowie wykorzystywali różnego rodzaju prymitywne wynalazki w rodzaju piły, świdra, czy też rylca lub koła ogniowego. Natomiast chcąc wykrzesać iskrę używali żelaznych krzesiw, które znano na naszych ziemiach od początku ery. Przetrwały one w użyciu aż do dziewiętnastego wieku, kiedy to zostały wyparte przez coraz powszechniejsze zapałki. W dziewiętnastym wieku mieszkańcy wsi na Mazowszu opalali kuchnie i piece drewnem. Niektórzy robią to dotychczas, jeśli mają starsze urządzenia ogniowe. W powszechnym użyciu w pierwszej połowie ubiegłego wieku był wysuszony torf. Węgiel upowszechnił się dopiero po II wojnie światowej, wraz z przebudową ceglanych trzonów kuchennych na kaflowe. Różnie bywało z dostępem do pełnowartościowego opału, zwłaszcza w biedniejszych domach. Czasami trzeba było użyć chrustu, starej słomy, szyszek, czy nawet zeschłych liści, aby ugotować posiłek. W pierwszej połowie XX wieku gospodynie starały się podawać gorące jedzenie, dlatego czasem jadało się „ugotowane” trzy razy dziennie. W zimnych porach roku ogień rozpalany był długo przed świtem i utrzymywany do wieczora, kiedy to żarzące się węgle należało przysypać popiołem. Ale tak postępowano w dni mało wietrzne. W przeciwnym wypadku trzeba było wygasić ogień, by hulający w kominie wiatr nie wydmuchał iskier na izbę, podczas gdy rodzina spała. Wtedy w domu szybko się wyziębiało. Suche, słomiane strzechy mogły łatwo zapalić się od iskier z komina, szczególnie, gdy go nie czyszczono. Bezpieczniejsze były kuchnie i piece kaflowe, chociaż kiedy je upowszechniono, na wielu budynkach jeszcze leżała słoma. W latach pięćdziesiątych, stawianiem tych urządzeń zajmował się zdun. Modne i użyteczne stały się pasztetniki, ale niektóre gospodynie życzyły sobie, aby majster uwzględnił w nowej konstrukcji także piec chlebowy. W wielu starych domach zachowały się takie urządzenia do końca XX wieku. Kaflowe piece ogrzewcze są być może użytkowane dotychczas. Opalane węglem, z żarem zamkniętym w odpowiednim czasie żeliwnymi drzwiczkami, potrafiły utrzymać ciepło w izbie do rana. Istniało tu mniejsze niebezpieczeństwo pożaru, bo na podłogach przed czeluściami i popielnikiem przybijano prostokątne blachy. Nieumiejętna obsługa takiego pieca, czyli zbyt wczesne zakręcenie drzwiczek groziło zaczadzeniem. Za to gorąca powierzchnia kafli często wykorzystywana była do nagrzewania pierzyny przed snem. Miło też było oprzeć się o piec. W latach powojennych w wielu domach można było ujrzeć piec obwiązany sznurkiem, na którym schły pieluchy i bielizna dziecięca, a nawet przemoczone od śniegu ubranie.
Robert Rumiński