

Po pracowitych przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia przychodził wyczekiwany czas kolacji wigilijnej. Zasiadano do niej z pustym żołądkiem, ponieważ tego dnia obowiązywał ścisły post. Często od rana domownikom musiała wystarczyć kromka razowego chleba. Rodzina dbała więc o podniosłość świątecznego posiłku. Ubierali się odświętnie i już od południa oczekiwali pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdy, która była sygnałem do zajęcia miejsca przy stole. Według zwyczaju zajętych miejsc powinna być parzysta ilość. Jeśli było nieparzyście, mogło kogoś ubyć w następnym roku.
Uroczystą kolację rozpoczynano od zwyczajowego dzielenia się opłatkiem. Osoba najstarsza rozdawała świąteczny chleb reszcie rodziny, a następnie składano sobie życzenia. Długie wypowiedzi mogły być zastąpione krótką prośbą do Boga, aby w następnym roku przy wigilijnym stole nikogo nie brakowało – „Daj Panie Boże, abyśmy się za rok w zdrowiu na wiliji spotkali”[1]. Po podzieleniu się opłatkiem zasiadano do kolacji. Gospodyni jak najszybciej rozkładała wszystkie potrawy i zajmowała miejsce przy stole. Nie mogła go opuścić aż do końca wieczerzy. Miało to zapewnić, że kury będą dobrze wysiadywać kurczęta na wiosnę[2]. Jeśli było to konieczne, potrawy donosiły jej dzieci. Kiedy na wsi stał się popularny dworski zwyczaj jedzenia na osobnych talerzach, zaczęto stawiać dodatkowe nakrycie. Było one przeznaczone dla duszy zmarłego. Wierzono bowiem, że tego dnia zmarli członkowie rodziny wracają do swoich domów w postaci niewidocznych dusz. Dlatego też przed zajęciem miejsca na krześle dmuchano na siedzisko, aby przypadkiem na nikim nie usiąść.
Na wigilijnym stole ustawiano zwykle nieparzystą liczbę dań. Ich ilość zależała od majętności rodziny. W niektórych domach dań było dwanaście, na cześć dwunastu apostołów lub też dwunastu miesięcy. Potrawy przygotowywano ze składników, które pochodziły z pola, ogrodu, sadu, pasieki, wody, lasu. W naszym regionie najczęściej na wigilijnych stołach stawiano: kapustę z grzybami na oleju, groch z kapustą, rwaki (kluski przygotowywane z mąki żytniej), pierogi z makiem i miodem, barszcz grzybowy na kwasie z kapusty, śledzie, racuchy i sodziaki (placki na sodzie)[3]. Dobór potraw i składników nie jest przypadkowy. Jak już wcześniej wspomniano, w tym wyjątkowym dniu zmarli wracali do swoich rodzinnych domów i odwiedzali rodziny. Wydaje się, że wigilijna uczta była przygotowywana specjalnie dla zmarłych gości. Składniki wykorzystywane do przygotowania świątecznych potraw pojawiały się także przy obrzędach ofiarnych. Miód był uważany niemal za święty z racji jego obecności w rytuałach leczniczych czy pogrzebowych. Stał się swego rodzaju łącznikiem między ludźmi i zaświatami. Z tego względu często miód w potrawach wigilijnych postrzega się jako dar dla dusz. Podobnie sprawa wygląda z makiem. Mówiono, że sprowadza sen na człowieka. Spanie w tamtych czasach było traktowane jak „prawie śmierć”. Przez to potrawy z makiem pojawiały się na stole, aby ułatwić komunikację ze zmarłymi. Grzyby natomiast kojarzyły się z tajemniczą i obcą przestrzenią lasu. Wiele jest legend opowiadających o złych duchach czyhających wśród drzew. Borowiki czy maślaki mają więc w sobie nutę tajemniczości wyniesioną z innego, magicznego świata. Mają być pożywieniem dla dusz, aby i niewidoczni goście mogli zasiąść z rodziną do kolacji[4].
Kiedy już wszystko było gotowe, a głodni domownicy usadowili się na swoich miejscach, gospodarz brał łyżkę grochu i podrzucał tak, aby do sufitu przykleiło się jak najwięcej ziarenek. Różnie tłumaczono ten zabieg magiczny. Jedni mówili, że ile kulek grochu przyklei się do sufitu, to tak obficie będzie rosnąć. Dla innych kuleczki były symbolem zwierzęcej płodności. Wtedy przy podrzucaniu wspominano o danym zwierzęciu. Mówiono na przykład „moje prosiaczki”, a jak na suficie zostało ich dużo, to zwierzę będzie mieć wiele młodych.
Po zjedzonej kolacji nie sprzątano. Naczynia i łyżki pozostawały w niezmienionym ułożeniu na stole razem z resztkami jedzenia. Miał to być świąteczny poczęstunek dla dusz zmarłych. Zanim jednak domownicy zostawili jedzenie do ich dyspozycji, zajmowali się wróżeniem. Rozpoczynano od wyciągania spod obrusu źdźbeł siana. Ich wygląd miał znaczenie dla losu wróżącego. Jeśli źdźbło było zielone, to dla młodej dziewczyny oznaczało rychłe zamążpójście, a dla innych domowników – zdrowie i pomyślność. Żółte zwiastowało późny ślub lub kłopoty dla osób zamężnych. Najgorsze było suche i połamane – oznaczało, że nie znajdzie się drugiej połówki w swoim życiu. Dla niektórych był symbolem choroby lub śmierci. Złym znakiem było także ujrzenie na ścianie swojego cienia – zwiastował kłopoty. Innym sposobem młodych dziewcząt na wywróżenie sobie kawalera było wybieganie przed dom po skończonej wieczerzy i obserwowanie gwiazd. Jeśli jakaś świeciła wyjątkowo jasno nad chałupą oznaczało to, że w niej niedługo odbędzie się wesele. Wówczas wołały także „Hop, hop, z której strony mój chłop?” i nasłuchiwały. Z tej strony, z której dobiegało echo lub szczekały psy, to stamtąd miał nadejść narzeczony. Magiczny charakter tych chwil sprzyjał wróżbom. Była to uciecha szczególnie dla młodych panien oczekujących kawalera.
Gdyby ktoś z Państwa miał ochotę przygotować na swoją wigilię tradycyjną mazowiecką potrawę, poniżej cytuję przepis na rwaki kartoflane według przepisu Heleny Gburzyńskiej:
„Składniki: 1 kg kartofli, ½ szklanki mąki żytniej, ½ szklanki mąki pszennej, sól do smaku, kawałek (10 dag) słoniny do stopienia.
Kartofle obrać, zetrzeć na tarce, dodać oba gatunki mąki i sól, wymieszać i wyrobić dobrze ciasto, żeby nie było za lekkie i nie za twarde. W razie potrzeby dodać jeszcze trochę mąki. W dużym, płaskim garnku zagotować osoloną wodę. Ciasto rozwałkować na stolnicy na placek o grubości ok. 2 cm, wziąć go na lewą rękę, a prawą rwać nieduże kluski i rzucać je na wrzątek. Od czasu do czasu w garnku zamieszać i gotować, dopóki kluski nie wypłyną na wierzch. W międzyczasie stopić na patelni pokrojoną w kostkę słoninę. Ugotowane kluski odlać z wody i polać słoniną”[5].
Autor: Aleksandra Zubrycka
Bibliografia:
[1] T. Czerwiński, Pożywienie ludności wiejskiej na północnym Mazowszu u schyłku XIX i XX wieku, Ciechanów 2008, s. 320.
[2] Ibidem, s. 321.
[3] Praca zbiorowa, Boże Narodzenie na Mazowszu w tradycji i ekspozycjach Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu, Sierpc 2016.
[4] A. Zadrożyńska, Światy i zaświaty. O tradycji świętowań w Polsce, Warszawa 2000, s. 57-58.
[5] T. Czerwiński, Pożywienie ludności wiejskiej na północnym Mazowszu u schyłku XIX i w XX wieku, Ciechanów 2008, s. 256.